piątek, 1 stycznia 2016

5. Siedzę, oraz słucham głupich pytań.

~~Clary~~




Biedny człowiek. Tak, to człowiek. Obrócił mnie w swoją stronę. Mój oprawca to wysoki, zielonooki szatyn. No nie powiem, jest przystojni ale też i głupi bo nie wie z kim w tej chwili zadarł. Z mroku wyłonił się blondyn o piwnych oczach. Równie przystojny jak jego kolega. Clary o czym ty myślisz, oni cię zaatakowali...
-O, Sebo patrz jaka dziewczynka się tu kręci. Oj mała, co ja mogę z tobą zrobić..? Tyle rzeczy bym chciał ale nie wiem co wybrać.- Mówił. Zawsze zastanawiali mnie tacy ludzie. Czy ich kręciło takie traktowanie kobiet?
-Ja ci może pomogę w tej decyzji, jeśli ci życie miłe, lepiej sobie stąd idź.- Mówiłam, zachowując kamienną twarz.
-Ej stary, ona ci grozi.- Roześmiali się obaj. Na Anioła, oni chyba zabłądzili w kolejce po mózg.
-Naprawdę z was idioci. Nie wiecie z kim macie do czynienia.- Patrzę na nich z politowaniem.
-Myślisz że się ciebie przestraszymy.
Nagle z cienia wyłoniła się mężczyzna. Wygląda znajomo. Chwileczkę, to przecież Gabriel, najpotężniejszy miejscowy wampir. Oni odwrócili się do niego z uśmiecham na ustach.
-Brachu, patrz jaką mamy zdobycz.- Chwycił mnie za ramię i popchnął w stronę tego drugiego. Posłałąm Gabrielowi zadziorny uśmiech, chcę żeby wiedział że z chęcią złoję dupę jego przyjaciołom.
-Nawet nie waż się jej tknąć, bo pożałujesz.- Odpowiedział. Takiego go właśnie zapamiętałam, stanowczego. Pomimo muru który starał się zbudować wokół siebie. Tylko mi udawało się do niego dotrzeć.Od razy się ode mnie odsunął. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Jestem zadowolona że mogę liczyć na starego przyjaciela. Zaczęli się wykłócać, dlaczego nie mogą mnie sobie wziąć. Wampir za wszelką cenę nie chciał zdradzić kim jestem, ale ja zrobiłam to za niego. Ich miny wtedy były bezcenne. Nie mogli uwierzyć że to ja jestem tą słynną legendą. Pozory mylą. Przyjaciel poprosił mnie o spacer. Ja oczywiście się zgodziłam. Podeszłam do niego po czym skierowaliśmy się w stronę naszego miejsca. Gdy tutaj przebywałąm zaprzyjaźniłam się z nim. Zawsze spotykaliśmy się pod starym dębem. Na jego korze były wyryte nasze inicjały. Oczywiście nie byliśmy parą. Traktowaliśmy się jak rodzeństwo. Cała droga przebiegła w ciszy. Kiedy dotarliśmy na miejsce usiedliśmy na ławce, która stała koło drzewa. Ta cisza wcale nie była niezręczna. Zawsze czułam się w jego towarzystwie dobrze. Z przemyśleń wyrwał mnie jego głos.
-Tak właściwie co tutaj robisz?- Zapytał
-Jak widać siedzę, oraz słucham głupich pytań.- Uśmiechnęłam się do niego chytrze.
-Nic się nie zmieniłaś- Obydwoje się zaśmialiśmy. Zaczęliśmy wspominać dawne czasy. Czasami brakowało mi takich rozmów. Niby też mogę porozmawiać z braćmi, ale jednak osoba która nie jest z tobą spokrewniona nie wyolbrzymia twego. Opowiedziałam mu o wszystkim co przez ten czas się zdarzyło. O Jack'u, oraz o nieszczęsnej przeprowadcę. Zapewnił mnie o tym że zawsze mogę na niego liczyć jeżeli coś się stanie. U niego nic się nie zmieniło. Wszystko po staremu. Miałam się już z nim żegnać, lecz gdy poczułam woń imbiru, przeraziłam się. Przez większą ilość krwi Anioła, mam wyczulone zmysły. Imbir oznaczał jedno. Tak pachniała śmierć.








Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad... :)





piątek, 6 listopada 2015

4. Ale to jest wysypisko...


~~Clary~~


Nie. To było takie krępujące. Czemu on musiał tu przyjść. Ponownie otworzyły się drzwi, lecz Jared stanął tyłem.

-Mama mówi że chciała by żebyście byli na tej kolacji.
-Zaraz przyjdziemy. Ale proszę cię...
-Tak, tak. Już sobie idę.

Po wyjściu Jared'a postanowiliśmy się ubrać. Jack miał też ciuchy u mnie.



Uczesałam się w luźnego kłosa na bok.



Gdy zeszliśmy wszyscy już siedzieli przy stole. Usiedliśmy przy nim i nałożyliśmy sobie sałatki.

-Jutro rano wyjeżdżamy- Odezwała się mama
-Będę tęsknić za zachodami słońca w Alicante
-Clary, kochanie, tam też zachody słońca nie są brzydkie- Mruknął Jack

Posłałam mu wściekłe spojrzenie. Kolaja przebiegła w ciszy. Później wszyscy poszli do swoich sypialni. Wyjątkami byłam ja i mój wilkołak. Wyszliśmy na spacer, żeby zobaczyć zachód słońca. Gdy dotarliśmy na polane rozłożyliśmy koc, który zabraliśmy z domu.



-Wiesz jak ja cię kocham, prawda?- Zapytał
-Tak. A skąd to pytanie?
-Wiesz jaki jest Jace
-Ten idiota?
-Tak, tak, ten idiota. To wiesz jaki jest prawda?
-Straszny frajer, tyle mogę  nim powiedzieć.
-On będzie ciebie podrywał, jesteś piękną i dobrą nephilim. On cięgnie do wszystkiego co ma ładne cycki i dupę. Wiesz że nie chcę cię obrazić, ale on będzie się przystawiał. Będę cholernie zazdrosny. Ufam ci i myślę że mu nie ulegniesz.- Powiedział zasmucony

Uśmiechnęłam się do niego. Teraz wiem czemu podczas kolacji był smutny, zamyślony. Trapił go ten idiota.

-Aw. Jak ja cię bardzo kocham. Tak, bardzo bardzo cię kocham. Nigdy na niego nie popatrzę w taki sposób. Cieszę się że mi ufasz. A teraz mi nie przeszkadzaj, chcę się delektować tym pięknym słońcem.

***

To już dziś. Wstałam wcześniej żeby zobaczyć jeszcze wschód słońca. To banalne, ale naprawdę kocham patrzeć na słońce, czuć jak witamina D3 wsiąka w skórę. Już kiedyś mieszkałam w NY. Uczyłam się tam w przyziemnej szkole, miałam misje której szczegółów nie mogę zdradzić. Mama mówiła że teraz też będę tam musiała po coś wrócić. New York New'ym York'iem, ale i tak najbardziej kocham instytut w Londynie. Wspaniali ludzie, wspaniałe miasto, a co najważniejsze dobrze mi się tam mieszkało. Tak, mieszkałam tam. A teraz wracając do tego spaceru, powinnam już iść. Cicho wstałam z łóżka, na szczęście  Jackob ma twardy sen. Wyjęłam z szafy ubrania i poszłam do łazienki się przebrać.





Ze sobą wzięłam również plecak i słuchawki. Napisałam kartkę z informacją że wyszłam, przyczepiłam ją na lodówkę. Zrobię pewnie coś dziwnego, ale raz się żyje. Najwyżej będą się na mnie wkurzać. Narysowałam runę otwierającą portal. Przeniosłam się do Londynu. Wsiadłam do taxsówki, po czym podałam kierowcy adres. Po chwili dotarliśmy na miejsce.

-Czy to na pewno tutaj- Zapytał
-Tak na pewno
-Ale to jest wysypisko...
-Ma tutaj pan pieniądze i niech się pan tak nie interesuję- Dałam mu pieniądze i wysiadłam.

Kiedy auto odjechało mogłam się spokojnie rozejrzeć. Moim oczom ukazał się wielki, stary i piękny budynek. To Instytut. Poszłam w jego kierunku. Przeglądałam Instagram'a gdy ktoś na mnie wpadł. Z hukiem wylądowałam na ziemi.

-Uważaj jak chodzisz frajerze!- Powiedziałam, nie, wrzasnęłam na tego kogoś.
-I kto to mówi idiotko- Prychnął

Nagle rozpoznałam znajomy głos, i już wiedziałam kim jest ten posranym frajerem. Spojrzałam w górę, zgadła, to był Derek.

-Witaj księżniczko- Powiedział i podał mi rękę bym wstała. Spostrzegłam w jego ręce walizkę.
-Hej. Miłe powitanie, wiesz? Po o ci ta walska?- Zapytałam zaskoczona
-Ja i El wyprowadzamy się do NY- Zatkało mnie.
-Jak.?! Do Instytutu?
-Nie. Do koziej dupy. No oczywiście że do Instytutu, a co?
-My też się tam wyprowadzamy- Przytuliłam go na przywitanie
-Ale zapłon wiesz. Na Anioła to świetnie!. El bała się że nikogo tam nie polubi i będzie skazana za samotność, lub na mnie. Ona i te jej wieczne humorki. Kiedy wyjeżdżacie?
-Po śniadaniu, ale wszyscy jeszcze śpią więc ja się wybrałam na małą wycieczkę.
-Nie powiem nic siostrze. Kochanie idź stąd, ja wcale cię nie wyganiam, ale jak przyjedziecie to tylko ja będę o tym wiedział a ona będzie zdziwiona.
-No okey. To ja już sobie idę. Żegnaj. Frajerze....!- Posłałam mu zadziorny uśmiech.


***

Spacerowałam po parku. Dalej w Londynie. Postanowiłam iść gdzieś coś zjeść. Nikt jeszcze do mnie nie dzwonił, co oznacza że śpią. Weszłam do kawiarni. Zamówiłam sobie kawę z podwójnym mleczkiem, a do jedzenia kawałek sernika. Usiadłam przy stoliku koło okna. Na nim stał wazon ze świeżo ściętymi kwiatami, tulipanami. Oglądałam snapy gdy kelner przyniósł mi rzeczy które zamówiłam. Był to wysoki brunet. Niebieskie oczy. I do tego cholernie przystojny.

-Proszę
-Dziękuje. Mogła bym prosić rachunek?- Zpytałam
-Tak już przynoszę.

Zaczęłam jeść sernik. Zauważyłam kelnera idącym z moim rachunkiem.

-To jest rachunek
-Dziękuję panu.
-Jakiego tam panu. Nazywam się Ed.
-Clary, miło mi.

Nagle poczułam coś dziwnego. Temu mężczyźnie zaczęły się zmieniać kolor oczy. Teraz już wiedziałam. To wilkołak. Popatrzał na mnie zdziwiony.

-Witam, wilkołaku- Mruknęłam
-Dziewczyna o imieniu Clary, dosyć niska, szczupła, zgrabna, rudowłosa. Morgenstern, mam racje.?- Popatrzał na mnie zdezorientowany. W jego oczach można było zobaczyć strach.
-Widzę że moja sława mnie wyprzedza- On nagle się mi pokłonił
-Pani, miło mi ciebie poznać. Wszyscy mówią jaka jesteś piękna, ale żadna z ich wypowiedzi nie określa cię w pełni.
-Dziękuje, ale mam chłopaka.
-Wiem. To przecież jeden z najsilniejszych wilkołaków i tych którym wolno przebywać w Idrisie. Przepraszam ale muszę wracać do pracy. Mam nadzieję że się jeszcze kiedyś spotkamy.
-Papa

Kiedy odszedł skończyłam sernik i wypiłam kawę. Zapłaciłam po czym wyszłam. Znalazłam jakąś ciemną uliczkę żeby otworzyć portal. Wyciągnęłam stele, gdy nagle ktoś zasłonił mi buzie ręką...









*-**-**-*-*-**-*-*-**-*-*-*-*-*-*-*-**-**-**-**--**-*-**--**-***--**-*-*--***--**-*



Witajcie! W końcu jest nowy.. Przepraszam. No po prostu czarownica (czyt. Pani od matematyki) się na mnie uwzięła. Ale oto jestem.! A teraz ważna notka:
Jest taki wspaniały blog. Jego autorka jest równe wspaniała. Ktoś, pewnie jakiś zasrany i głupi frajer, napisał że to zepsuła. Ja oczywiście tak nie uważam :). Bardzo bym was prosiła żebyście Odwiedzili ten blog i oczywiście, jeżeli chcecie, zaczęli czytać. Bardzo polecam. Tu link : Bo kochać to niszczyć- Dary Anioła.


Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad...  :)

sobota, 26 września 2015

3. ...do sypialni?

~~Clary~~

Cały obiad spędziłam w zamyśleniu. Po zjedzeniu poszłam prosto do siebie. Położyłem się na łóżku. Z jednej strony cieszę się że będę częściej widzieć Jack'a, ale co ja mam niby tam robić. W końcu tu jest mój dom. Nagle ktoś zapukał do drzwi.

-Proszę!- krzyknęłam kiedy do pokoju wszedł Jackob
-Hej słońce- Powiedział. Uśmiechnęłam się na jego słowa.
-Ty chociaż masz chumor.
-No nie codziennie dowiaduje się że będę mógł CODZIENNE widywać moją dziewczynę- Puścił mi oczko

Wstałam z łóżka i złączyłam nasze usta w długim, namiętnym pocałunku.

-Mam rozumieć że to oznacza że z chodź z tego się cieszysz- Zaśmialiśmy się oboje
-Możliwe. Chodźmy do pracowni, postaram namaliwaś twój portret. Już dawno mnie do tego namawiałeś.
-Chodźmy, będziesz miała pierwszą rzecz na nowy pokój- Zaśmiał się
-Ha ha ha, bardzo śmieszne- Rzuciłam sarkastycznie- No to chodźmy.

Wyszliśmy z pokoju. Jack mnie objął. Poszliśmy w stroną mojej pracowni. Po chwili już stanliśmy przed drzwiami. Weszliśmy do środka.


-Spadaj..., tam- Wskazałam na krzesło w kącie
-Do kąta mnie wysyłasz...- Zrobił skruszoną minę. Starałam się powstrzymać śmiech. Z trudem mi się to udało.- No niech ci będzie

Pokazałam mu jak ma się ustawić. Wzięłam szkiciwnik i zaczęłam szkicować. Ręką sama wędrował po karcie.

~~45min później~~

-Kochanie, długi jeszcze- Wymamrotał
-Sam chciałeś, więc teraz nie kochaniuj mi tutaj tylko siedź spokojnie i się nie ruszaj.


~~25min później~~

-Skończyłam!!!-Krzyknęłam uradowana- Ręka mnie już boli.
-Mnie już wszystko boli- Wymamrotał- Pokaż jak wyszłem.

Spojrzałan na rysunek. Byłam z siebie dumna. Odwróciła kartkę pokazując dzieło mojemu modelowy.

-Na żywo też jestem taki przystojny?

Podszedł do mnie i zaczął całować. Poczułam jak się rumienię. Jego ręce były położone na moich biodrach, moje zaś był wplecione w jego włosy. 

-Może przeniesiemy się do sypialni?- szepnęłam

On tylko kiwnoł głową i wziął mnie na ręce, kierując się w stronę sypialni. Wpadliśmy do pokoju jak burza. Położył mnie na łóżko. Zaczęłam go rozbierać, a on mnie. Zostały tylko nasze nagle ciała. Jego ręce błądziły po moim ciele. Zapewnie wiecie co działo się dalej... 

~~Jared~~


Ciągle nie mogłem przestać myśleć o tej przeprowadzce. A tak właściwie to po co my tam jedziemy? To pytanie nie dawało mi spokoju. Przy kolacji muszę się dowiedzieć. Popatrzyłem na zegarek była 18.25. Za 5 min kolacja. Można powiedzieć, że to ostatnia kolacja w rezydencji. Na pewno jeszcze tu wrócimy. A tak w ogóle to gdzie jest Jack. Mhym. No tak, pewnie z Clary. Pójdę się ich spytam czy będą na kolacji.

***

Po chwili stałem już pod drzwiami mojej siostry. Zapukałem i od razu wszedłem, tak zawsze robiliśmy, gdy po prostu chcieliśmy być, sami zamykaliśmy pokój. Po zobaczeniu Clary pożałowałem że nie poczekałem na odpowiedz. Była to bardzo niekomfortowa sytuacja.

-Wyjdź- powiedziała spokojnie
-AAAle...- dukałem
-Niema żadnych ale, WYJDŹ!!!

Odwróciłem się w stronę drzwi. Czyli chyba się spuźnią na kolacje.

______________--------------------------______________


Witajcie kochani.! Rozdziały będą pojawiać się w miarę co miesiąc. Wiem że długo nie dawałam znaku życia, ale... zaczęło się te więzienie zwane szkołą. No mam nadzieje że będziecie zadowoleni, z tego krótkiego mizernego rozdziału. Dziękuję za komętarze i wyświetlenia.

Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad. 

czwartek, 27 sierpnia 2015

2. Jak, na stałe?

~~Clary~~

Po pogrzebie ogarnął mnie smutek. Wszyscy składali nam kondolencje. Byłam zbyt zamyślona żeby ich słuchać. Na koniec zostałam tylko ja i Jonathan.

-Idziesz?- Zapytał mnie Jonathan
-Chce tutaj trochę posiedzieć sama
-Napewno?- W jego głosie można było wyczuć smutek
-Napewno- Powiedziałam bez chwili zastanowienia

Patrzyłam jak jego postać się oddala. Usiadłam na trawie przy nagrobku ojca. Znajdował się on na górcę. Była wiosna. Urwał trochę mleczy i zaczęłam robić wianek. Kiedyś uczyłam ojca robić wianki. Uznał że jestem wspaniałym nauczycielem. Już drugi wianek wyszedł mu idealny... Dobra koniec już tego używania się nad sobą. Muszę ściągnąć w końcu te szpilki. Nie miała ochoty na spacer, zwłaszcza że bolą mnie nogi. Wyciągnęłam stele i narysowałam runę otwierającą portal. Przeszłam przez niego. Znalazłam się w moim pokoju. Ściągnął szpilki i sukienkę. Ubrała ciuchy na trening.

Tylko na treningu się nie zamartwiam, a raczej staram się nie zamartwiać. Poszłam sama. Nie chciałam widzieć nikogo. Po wejściu do sali treningowej, poczułam się inaczej. Poczułam że mogę wszystko. Miałam do wyboru: line zawieszoną 15 m nad podłożem, ściankę wspinaczkową na 14 m, worek treningowy i tarcze na sztylety. Postanowiłam poćwiczyć zręczność, więc wzięłam sztylety i zaczęłam rzucać do celu. Jak zawsze wszystkie w sam środek. I czego ja mam się tu uczyć jeżeli wszystko już umiem do perfekcji.Nie że bym się przechwalała czy coś, no ale taka jest prawda. Mam pomysł, pójdę pobiegać. W pośpiechu wyszłam z sali kierując się w stronę drzwi wejściowych. Na Anioła żeby tylko kogoś nie spotkać, żeby tylko kogoś nie spotkać. No i masz ci los, mama w kuchni.

-Hej
-Cześć mamo
-Mogła byś nie wychodzić, za jakieś 15 min obiad- Zawsze gdy chce mi powiedzieć coś ważnego każe mi zostać na obiad. O co chodzi tym razem?
-Czy coś się stało-Zapytałam niepewnie
-Dowiesz się wszystkiego na obiedzie- Może faktycznie coś stało?- Mogła byś iść po swoich braci?
-Oczywiście- Czyli że ta informacja dotyczy nas wszystkich

Pobiegłam po schodach na górę. Najpierw był pokój Johna. Weszłam bez pukania, zawsze tak robiłam.
Jonathan leżał na łóżku i bawił się serafickim ostrzem. W jego pokoju zawsze jest jasno. I ta przestrzeń. Czasami jak go tu niema to po kryjomu się tu zakradam, żeby tańczyć. To moja pasja. No oczywiście jeszcze kocham malować, szkicować, jeździć konno, grać na pianinie i fortepianie. To dwa ostatnie potrafimy wszyscy bez wyjątku. Jared pięknie maluj, lecz nie potrafi szkicować. Jonathan to skóra zdjęta z ojca, charakter, wygląd. Kropka w kropkę. Ktoś wszedł do pokoju. Pewnie Jared. Coś mi nie pasuje w tym pokoju. Ktoś złapał mnie za ramię. Chyba nawet coś do mnie powiedział, a może nie. Coś mi tu nie pasuje. Chwila on powiesił rower na ściankę. Wiem że lubi jeździ, ale rower na ścianie... Moje rozmyślania przerwał głos.

-Podziemie do Clary, halo halo, podziemie do Clary- Już się zdradził. To był Jackob

Natychmiast się obróciłam. Objęłam ukochanego i pocałowałam w policzek.

-Moooojjjjjeee podziemieeee...- Przedłużałam
-Yhyyy. Yhyyy- Jonathan mi przerwał- Ja też tu jestem
-A tak, która jest godzina- John spojrzał na ekran telefonu
-Za 14.50
-Za 10 min masz być na obiedzie, OBOWIĄZKOWO- Rozkazałam
-Jakieś złe wieści?- Zapytał zdziwiony Jackob
-Nie wiem czy złe, ale jakieś wieści- Mrukęłam- Pójdziecie to powiedzieć Jared'owi, bo ja muszę jeszcze iść wziąć prysznic.
-Oczywiście siostrzyczko.
-To do obiadu- Mruknął Jack

Pobiegłam do swojej sypialni.

Wyciągnęłam z szafy ciuchy, po czym poszłam wziąć prysznic.

Odkręciłam zimną wodę. Po treningu zawszę brałam zimną kąpiel, lecz tym razem nie miałam czasu. Zaczęłam śpiewać. (Omi-Cheerleader) Woda zaczęła płynąć po moim ciele. Kiedy zmyłam już z siebie pot, owinęłam się puchowym ręcznikiem. Dokładnie się powycierałam. Ubrała ciuchy które już wcześniej uszykowałam. 

Rospuściłam włosy, po czym starannie je rozczesałam. Uczesałam sobie kłosa na bok. Popatrzyłam na zegarek. 14.58. Wyszłam z pokoju, idąc prosto do jadalni. Tam już czekała na mnie mama i bracia. Usiadłam pomiędzy mamą a Jackob'em, oraz na przeciwko Jared'a. Wszyscy już obiad, w strasznej ciszy. Nałożyłam sobie sałatki. Cisze przerwała mama.

-Musze wam coś powiedzieć- Zaczęła spokojnie- Jutro wyjeżdżamy do Instytutu
-Jak, na stałe?- Powiedział niepewnie Jonathan
-Tak- Wyszeptała matka
-Czyli już tu nie będziemy mieszkać!?!- Rzuciłam bez chwili zastanowienia
-A gdzie jest ten instytut- Mruknął Jared
-W Nowym Jorku- Odpowiedziała mama
-To chociaż jeden plus- Szepnął uradowany Jack
-A to niby dlaczego- Wyrwał się ni z tąd ni z owąd John
-Bo ja mieszkam w NJ




______________________________----------------------------______________________________
I już za nami drugi rozdział. Co myślicie o przeprowadzce? O związku Clary z Jackob'em. Kogo poznają w Instytucie, oraz jak ich tam przyjmą. Tego dowiecie się w następnym rozdziale.


Jeśli to czytasz zostaw po sobie ślad. 

niedziela, 23 sierpnia 2015

1. Ave Atque Vale

~~~Clary~~~

To taki przykry dzień. Dziś ten cholerny pogrzeb. Uważam takie rzeczy za mało skomplikowane ale jednak. Nie mogę się pogodzić z jego odejściem. Siedziałam ma łóżku i rozmyślałam co ubiorę. Nie lubiłam wystawowych stroi a zwłaszcza szpilek. Huhh. Lecz mojemu tacie podobało się kiedy umierał sukienki. Oczywiście raz na jakiś czas. Bardziej uważał mnie za wojowniczke niż kobietę. To mnie cieszyło aż do dziś. Nagle z zamyślenie wyrwał mnie dźwięk moich braci dobijających się do mojego pokoju.

-Clary otwórz te drzwi. Tyle razy cie prosiłeś byś nie zamykała się na runy.- Spokojny głos Jareda tak bardzo podobny do ojca.
-ŚPIĘ!!!- Rozdawał się na nich
-Teraz to na pewno nikt już w rezydencji nie śpi. Krzycz jeszcze głośniej a obudzisz mamę. - Właśnie mama.
-Czego chcecie
-Przyszedł Tomas- Rzucił
-Trzeba było tak od razu.- Zaśmiali się
-Debilem jednak trzeba się urodzić...
-Po kimś to musisz mieć siostra- Przerwał mi

Szybko wyciągnęła ciuchy  z szafy. Na głowie miałam niedbale upupięty kok. Nie przyjmowałam się tym. 

 Skoro się tak bawimy niech będzie. Wypełni z szuflady stele i narysowałam rune otwierającą portal. Tworzenie nowych run zawdzięczam angielskiej krwi. Przeszłam przed portal a ci debile dalej coś tam gadali. Przeniosłem się do mojej pracowni malarskiej tam zawsze Tomas na mnie czekał. Weszłam tak cicho że mnie nie usłyszał. 

-BUU!!! 
-Mała a robi tyle huku- Zaśmialiśmy się 
-Ja ci dam małą- Odpowiedziałam zbulwersowana 
-Jak się trzymasz- Wzruszyłam ramionami 
-Mogło być gorzej- Oboje wiedzieliśmy że nie może być gorzej 
-To już za godzinę 
-Na anioła już jest 7.00- Zdziwiłam się 
-Słyszysz czy mi się tylko wydaje że twoi bracia się wydzierają- Całkowicie o nich zapomniałam 
-Uciekłam im przez portal- Robiłam maślane oczy- Nie bij 
-Mnie się nie bój pomyśl co oni teraz tam wyprawiają na górze
-Przepraszam ale muszę się już iść ubierać 
-Do zobaczenia później mała... 
-Policzymy się później za twoje słownictwo- Pocałował go w policzek.

Szybko popobiegłam na górę gdzie Jonathan i Jared siedzieli oparci o moje drzwi. Widać że byli wkurzeni. 

-Następnym ram cie ukatrupie sis- Odparł Jared

Ja tylko się uśmiechnęła i lekko kopnełam Jonathan'a bo nie chciał się ruszyć. Po wejściu do pokoju ubrała struktura żałobny. Uczesałam sobie odwrotnego dobierańca którego później zakończyłem koczkiem. Ulubiona fryzura mojego ojca. I znowu te wspomnienia. 

A i jeszcze bym zapomniała o makijażu. 

Ponownie spojrzałam w lustro i wyszłam z pokoju. Poszłam do jadalni. Tam już czekała na mnie mama i bracia. 


Przed ciałem mego ojca zebrało się dużo Nefilim i Podziemnych. Wyjątkowo na tą uroczystości zostali wpuszczeni do Idrisu. Wśród tłumów rozpoznałam Jackob'a, przyjaciela Jared'a. Jest wilkołakiem. Zobaczyłam także Lightwood'ów i braci Herondale. I oczywiście moja rodzina. Nagle ktoś mnie trącił łokciem z obu stron. Okazało się że to Brain i Tomas. Szkoda tylko że Lili nie mogła przyjść. Musiała opopiekować się chorym tatą. Ciało zaczęło płynąć. Nie mogłam powstrzymać łez. 

-Ave Atque Vale Valentin Morgenstern- powiedział cały tłum 
-Ave Atque Vale tato- wyszeptałam wraz z Jonathan'em i Jared'em. 
__________--------------------------------------__________




Jak wam się podoba 1 rozdział. Smutny pogrzeb Valentin'a. Co stanie Clary na drodze. Dowiecie się w następnym rozdziale. 

Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad. 

Proszę o komentarze. Nawet jedno słowo motywuje do pracy. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Prolog

Witajcie. Mam dość nietypową rodzinę. Dwójkę niezniśnych lecz najukochańszych braci. Są trochę nadopiejuńczy. Nie no dobra TROCHĘ to za mało powiedziane. Nie pozwalają żeby jaki kolwiek chłopak ze mną flirtował. To jest nie fair. Są nawet trochę wrogo nastawieni do moich przyjaciół. No oczywiście przecież to chłopacy, zapomniałam...

Brian i Tomas są wspaniali. Oddałam za obu życie. Oni na pewno też by to zrobili. Są dla mnie jak rodzina. Nie zamieniła bym ich nawet na możliwość porozmawiania z samym Razjelem.

I oczywiście jeszcze jest Lili. Najlepsza przyjaciółka na świecie. No po prostu bez kija nie podchodź. Uwierzcie wiem coś o tym. Pamiętam jakby to było wczoraj. Jace, laluś który uważa się za niewiadomo kogo, chciał ją pocałować... Skończyło się złamaną ręką i skręconą kostką. Sam sobie na to zasłużył. No bo kto mądry wyskakuje zza budynku i żucia się na dziewczynę i chce ją pocałować. Dobra zmieńmy temat.

Zapomniałam. Jeszcze moja wspaniała kuzynka a zarazem przyjaciółka Gabriela. Czy jak kto woli Gabi. Urocza pełna wdzięku i charyzmy ruda kita. Tylko mi pozwala siebie tak nazywać. U-u-u, cóż za przywilej. No i oczywiście zapomniałam o wujka James'ie i cioci Natali'e. No po prostu nic dodać nic ująć. Wspaniałe małżeństwo poznali się w sklepie dla przyziemnych jak byli mali no nie do kończą tacy mali. Wujek miał 18 lat a ciocia 15 lat. Supermarket. Jakie to romantyczne.

Na koniec moi rodzice Jocelyn i Valentin. Wielka szkoda że za parę dni będę patrzyła jak płonie ciało mojego ojca. Umarł, a raczej został zabity przez demonice Lilith. Zastanawiacie się pewnie dlaczego. Nie chciał się zgodzić żeby znowu truła Jonathan'a i Jared'a swoją ochydną krwią. Kiedy byli jeszcze w łonie matki Lilith pod postacią zielarki sprzedała mojemu ojcu zioła na uspokojenie. Nieświadomie podał je mamie.

Obaj moi bracia mają w sobie krew demona i anioła. Robi to z nich nietypowych nocnych łowców. Kiedy anioły się o tym dowiedziała podarowły ojcu a właściwie mi swoją krew.

Mam o wiele, wiele, wiele więcej angielskiej krwi w sobie. Jak określił to Razjel ''Ona jest bardziej darem dla was wszystkich Nefilim niż zwykłym nocnym łowcą. Jest jedną z was ale i jednocześnie jedną z nas. Każdy nocny łowcą powinien wiedzieć kim jest i jak się nazywa, gdyż po śmierci sądzie przy jednym stole z nami i Bogiem ''.

Więc nazywam się Clarissa Adele Morgenstern i jestem dumna z tego kim jestem. Ale i tak mówcie mi Clary.
__________--------------------------------------__________



A więc prolog za nami. Mam nadzieję że się podobało.



Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Hejo

Hejo

To będzie blog o serii Dary Anioła. To mój pierwszy blog więc nie bądźcie dość surowi. Rozdziały będzie dodawać co jakiś czas. Żegnajcie nocni łowcy...  :*