czwartek, 27 sierpnia 2015

2. Jak, na stałe?

~~Clary~~

Po pogrzebie ogarnął mnie smutek. Wszyscy składali nam kondolencje. Byłam zbyt zamyślona żeby ich słuchać. Na koniec zostałam tylko ja i Jonathan.

-Idziesz?- Zapytał mnie Jonathan
-Chce tutaj trochę posiedzieć sama
-Napewno?- W jego głosie można było wyczuć smutek
-Napewno- Powiedziałam bez chwili zastanowienia

Patrzyłam jak jego postać się oddala. Usiadłam na trawie przy nagrobku ojca. Znajdował się on na górcę. Była wiosna. Urwał trochę mleczy i zaczęłam robić wianek. Kiedyś uczyłam ojca robić wianki. Uznał że jestem wspaniałym nauczycielem. Już drugi wianek wyszedł mu idealny... Dobra koniec już tego używania się nad sobą. Muszę ściągnąć w końcu te szpilki. Nie miała ochoty na spacer, zwłaszcza że bolą mnie nogi. Wyciągnęłam stele i narysowałam runę otwierającą portal. Przeszłam przez niego. Znalazłam się w moim pokoju. Ściągnął szpilki i sukienkę. Ubrała ciuchy na trening.

Tylko na treningu się nie zamartwiam, a raczej staram się nie zamartwiać. Poszłam sama. Nie chciałam widzieć nikogo. Po wejściu do sali treningowej, poczułam się inaczej. Poczułam że mogę wszystko. Miałam do wyboru: line zawieszoną 15 m nad podłożem, ściankę wspinaczkową na 14 m, worek treningowy i tarcze na sztylety. Postanowiłam poćwiczyć zręczność, więc wzięłam sztylety i zaczęłam rzucać do celu. Jak zawsze wszystkie w sam środek. I czego ja mam się tu uczyć jeżeli wszystko już umiem do perfekcji.Nie że bym się przechwalała czy coś, no ale taka jest prawda. Mam pomysł, pójdę pobiegać. W pośpiechu wyszłam z sali kierując się w stronę drzwi wejściowych. Na Anioła żeby tylko kogoś nie spotkać, żeby tylko kogoś nie spotkać. No i masz ci los, mama w kuchni.

-Hej
-Cześć mamo
-Mogła byś nie wychodzić, za jakieś 15 min obiad- Zawsze gdy chce mi powiedzieć coś ważnego każe mi zostać na obiad. O co chodzi tym razem?
-Czy coś się stało-Zapytałam niepewnie
-Dowiesz się wszystkiego na obiedzie- Może faktycznie coś stało?- Mogła byś iść po swoich braci?
-Oczywiście- Czyli że ta informacja dotyczy nas wszystkich

Pobiegłam po schodach na górę. Najpierw był pokój Johna. Weszłam bez pukania, zawsze tak robiłam.
Jonathan leżał na łóżku i bawił się serafickim ostrzem. W jego pokoju zawsze jest jasno. I ta przestrzeń. Czasami jak go tu niema to po kryjomu się tu zakradam, żeby tańczyć. To moja pasja. No oczywiście jeszcze kocham malować, szkicować, jeździć konno, grać na pianinie i fortepianie. To dwa ostatnie potrafimy wszyscy bez wyjątku. Jared pięknie maluj, lecz nie potrafi szkicować. Jonathan to skóra zdjęta z ojca, charakter, wygląd. Kropka w kropkę. Ktoś wszedł do pokoju. Pewnie Jared. Coś mi nie pasuje w tym pokoju. Ktoś złapał mnie za ramię. Chyba nawet coś do mnie powiedział, a może nie. Coś mi tu nie pasuje. Chwila on powiesił rower na ściankę. Wiem że lubi jeździ, ale rower na ścianie... Moje rozmyślania przerwał głos.

-Podziemie do Clary, halo halo, podziemie do Clary- Już się zdradził. To był Jackob

Natychmiast się obróciłam. Objęłam ukochanego i pocałowałam w policzek.

-Moooojjjjjeee podziemieeee...- Przedłużałam
-Yhyyy. Yhyyy- Jonathan mi przerwał- Ja też tu jestem
-A tak, która jest godzina- John spojrzał na ekran telefonu
-Za 14.50
-Za 10 min masz być na obiedzie, OBOWIĄZKOWO- Rozkazałam
-Jakieś złe wieści?- Zapytał zdziwiony Jackob
-Nie wiem czy złe, ale jakieś wieści- Mrukęłam- Pójdziecie to powiedzieć Jared'owi, bo ja muszę jeszcze iść wziąć prysznic.
-Oczywiście siostrzyczko.
-To do obiadu- Mruknął Jack

Pobiegłam do swojej sypialni.

Wyciągnęłam z szafy ciuchy, po czym poszłam wziąć prysznic.

Odkręciłam zimną wodę. Po treningu zawszę brałam zimną kąpiel, lecz tym razem nie miałam czasu. Zaczęłam śpiewać. (Omi-Cheerleader) Woda zaczęła płynąć po moim ciele. Kiedy zmyłam już z siebie pot, owinęłam się puchowym ręcznikiem. Dokładnie się powycierałam. Ubrała ciuchy które już wcześniej uszykowałam. 

Rospuściłam włosy, po czym starannie je rozczesałam. Uczesałam sobie kłosa na bok. Popatrzyłam na zegarek. 14.58. Wyszłam z pokoju, idąc prosto do jadalni. Tam już czekała na mnie mama i bracia. Usiadłam pomiędzy mamą a Jackob'em, oraz na przeciwko Jared'a. Wszyscy już obiad, w strasznej ciszy. Nałożyłam sobie sałatki. Cisze przerwała mama.

-Musze wam coś powiedzieć- Zaczęła spokojnie- Jutro wyjeżdżamy do Instytutu
-Jak, na stałe?- Powiedział niepewnie Jonathan
-Tak- Wyszeptała matka
-Czyli już tu nie będziemy mieszkać!?!- Rzuciłam bez chwili zastanowienia
-A gdzie jest ten instytut- Mruknął Jared
-W Nowym Jorku- Odpowiedziała mama
-To chociaż jeden plus- Szepnął uradowany Jack
-A to niby dlaczego- Wyrwał się ni z tąd ni z owąd John
-Bo ja mieszkam w NJ




______________________________----------------------------______________________________
I już za nami drugi rozdział. Co myślicie o przeprowadzce? O związku Clary z Jackob'em. Kogo poznają w Instytucie, oraz jak ich tam przyjmą. Tego dowiecie się w następnym rozdziale.


Jeśli to czytasz zostaw po sobie ślad. 

niedziela, 23 sierpnia 2015

1. Ave Atque Vale

~~~Clary~~~

To taki przykry dzień. Dziś ten cholerny pogrzeb. Uważam takie rzeczy za mało skomplikowane ale jednak. Nie mogę się pogodzić z jego odejściem. Siedziałam ma łóżku i rozmyślałam co ubiorę. Nie lubiłam wystawowych stroi a zwłaszcza szpilek. Huhh. Lecz mojemu tacie podobało się kiedy umierał sukienki. Oczywiście raz na jakiś czas. Bardziej uważał mnie za wojowniczke niż kobietę. To mnie cieszyło aż do dziś. Nagle z zamyślenie wyrwał mnie dźwięk moich braci dobijających się do mojego pokoju.

-Clary otwórz te drzwi. Tyle razy cie prosiłeś byś nie zamykała się na runy.- Spokojny głos Jareda tak bardzo podobny do ojca.
-ŚPIĘ!!!- Rozdawał się na nich
-Teraz to na pewno nikt już w rezydencji nie śpi. Krzycz jeszcze głośniej a obudzisz mamę. - Właśnie mama.
-Czego chcecie
-Przyszedł Tomas- Rzucił
-Trzeba było tak od razu.- Zaśmiali się
-Debilem jednak trzeba się urodzić...
-Po kimś to musisz mieć siostra- Przerwał mi

Szybko wyciągnęła ciuchy  z szafy. Na głowie miałam niedbale upupięty kok. Nie przyjmowałam się tym. 

 Skoro się tak bawimy niech będzie. Wypełni z szuflady stele i narysowałam rune otwierającą portal. Tworzenie nowych run zawdzięczam angielskiej krwi. Przeszłam przed portal a ci debile dalej coś tam gadali. Przeniosłem się do mojej pracowni malarskiej tam zawsze Tomas na mnie czekał. Weszłam tak cicho że mnie nie usłyszał. 

-BUU!!! 
-Mała a robi tyle huku- Zaśmialiśmy się 
-Ja ci dam małą- Odpowiedziałam zbulwersowana 
-Jak się trzymasz- Wzruszyłam ramionami 
-Mogło być gorzej- Oboje wiedzieliśmy że nie może być gorzej 
-To już za godzinę 
-Na anioła już jest 7.00- Zdziwiłam się 
-Słyszysz czy mi się tylko wydaje że twoi bracia się wydzierają- Całkowicie o nich zapomniałam 
-Uciekłam im przez portal- Robiłam maślane oczy- Nie bij 
-Mnie się nie bój pomyśl co oni teraz tam wyprawiają na górze
-Przepraszam ale muszę się już iść ubierać 
-Do zobaczenia później mała... 
-Policzymy się później za twoje słownictwo- Pocałował go w policzek.

Szybko popobiegłam na górę gdzie Jonathan i Jared siedzieli oparci o moje drzwi. Widać że byli wkurzeni. 

-Następnym ram cie ukatrupie sis- Odparł Jared

Ja tylko się uśmiechnęła i lekko kopnełam Jonathan'a bo nie chciał się ruszyć. Po wejściu do pokoju ubrała struktura żałobny. Uczesałam sobie odwrotnego dobierańca którego później zakończyłem koczkiem. Ulubiona fryzura mojego ojca. I znowu te wspomnienia. 

A i jeszcze bym zapomniała o makijażu. 

Ponownie spojrzałam w lustro i wyszłam z pokoju. Poszłam do jadalni. Tam już czekała na mnie mama i bracia. 


Przed ciałem mego ojca zebrało się dużo Nefilim i Podziemnych. Wyjątkowo na tą uroczystości zostali wpuszczeni do Idrisu. Wśród tłumów rozpoznałam Jackob'a, przyjaciela Jared'a. Jest wilkołakiem. Zobaczyłam także Lightwood'ów i braci Herondale. I oczywiście moja rodzina. Nagle ktoś mnie trącił łokciem z obu stron. Okazało się że to Brain i Tomas. Szkoda tylko że Lili nie mogła przyjść. Musiała opopiekować się chorym tatą. Ciało zaczęło płynąć. Nie mogłam powstrzymać łez. 

-Ave Atque Vale Valentin Morgenstern- powiedział cały tłum 
-Ave Atque Vale tato- wyszeptałam wraz z Jonathan'em i Jared'em. 
__________--------------------------------------__________




Jak wam się podoba 1 rozdział. Smutny pogrzeb Valentin'a. Co stanie Clary na drodze. Dowiecie się w następnym rozdziale. 

Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad. 

Proszę o komentarze. Nawet jedno słowo motywuje do pracy. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Prolog

Witajcie. Mam dość nietypową rodzinę. Dwójkę niezniśnych lecz najukochańszych braci. Są trochę nadopiejuńczy. Nie no dobra TROCHĘ to za mało powiedziane. Nie pozwalają żeby jaki kolwiek chłopak ze mną flirtował. To jest nie fair. Są nawet trochę wrogo nastawieni do moich przyjaciół. No oczywiście przecież to chłopacy, zapomniałam...

Brian i Tomas są wspaniali. Oddałam za obu życie. Oni na pewno też by to zrobili. Są dla mnie jak rodzina. Nie zamieniła bym ich nawet na możliwość porozmawiania z samym Razjelem.

I oczywiście jeszcze jest Lili. Najlepsza przyjaciółka na świecie. No po prostu bez kija nie podchodź. Uwierzcie wiem coś o tym. Pamiętam jakby to było wczoraj. Jace, laluś który uważa się za niewiadomo kogo, chciał ją pocałować... Skończyło się złamaną ręką i skręconą kostką. Sam sobie na to zasłużył. No bo kto mądry wyskakuje zza budynku i żucia się na dziewczynę i chce ją pocałować. Dobra zmieńmy temat.

Zapomniałam. Jeszcze moja wspaniała kuzynka a zarazem przyjaciółka Gabriela. Czy jak kto woli Gabi. Urocza pełna wdzięku i charyzmy ruda kita. Tylko mi pozwala siebie tak nazywać. U-u-u, cóż za przywilej. No i oczywiście zapomniałam o wujka James'ie i cioci Natali'e. No po prostu nic dodać nic ująć. Wspaniałe małżeństwo poznali się w sklepie dla przyziemnych jak byli mali no nie do kończą tacy mali. Wujek miał 18 lat a ciocia 15 lat. Supermarket. Jakie to romantyczne.

Na koniec moi rodzice Jocelyn i Valentin. Wielka szkoda że za parę dni będę patrzyła jak płonie ciało mojego ojca. Umarł, a raczej został zabity przez demonice Lilith. Zastanawiacie się pewnie dlaczego. Nie chciał się zgodzić żeby znowu truła Jonathan'a i Jared'a swoją ochydną krwią. Kiedy byli jeszcze w łonie matki Lilith pod postacią zielarki sprzedała mojemu ojcu zioła na uspokojenie. Nieświadomie podał je mamie.

Obaj moi bracia mają w sobie krew demona i anioła. Robi to z nich nietypowych nocnych łowców. Kiedy anioły się o tym dowiedziała podarowły ojcu a właściwie mi swoją krew.

Mam o wiele, wiele, wiele więcej angielskiej krwi w sobie. Jak określił to Razjel ''Ona jest bardziej darem dla was wszystkich Nefilim niż zwykłym nocnym łowcą. Jest jedną z was ale i jednocześnie jedną z nas. Każdy nocny łowcą powinien wiedzieć kim jest i jak się nazywa, gdyż po śmierci sądzie przy jednym stole z nami i Bogiem ''.

Więc nazywam się Clarissa Adele Morgenstern i jestem dumna z tego kim jestem. Ale i tak mówcie mi Clary.
__________--------------------------------------__________



A więc prolog za nami. Mam nadzieję że się podobało.



Jeśli czytasz zostaw po sobie ślad.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Hejo

Hejo

To będzie blog o serii Dary Anioła. To mój pierwszy blog więc nie bądźcie dość surowi. Rozdziały będzie dodawać co jakiś czas. Żegnajcie nocni łowcy...  :*